Trener Czesław Cybulski mówi, że pod poznańskimi mostami pracuje już czterdzieści lat Trener Czesław Cybulski mówi, że pod poznańskimi mostami pracuje już czterdzieści lat

Trener Czesław Cybulski mówi, że pod poznańskimi mostami pracuje już czterdzieści lat. Z Anitą Włodarczyk mistrzowską formę wykuwał przez pięć lat na łące pod mostem św. Rocha (© M. Zakrzewski)

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Z Czesławem Cybulskim, trenerem, który przygotował Anitę Włodarczyk do mistrzostw świata w Berlinie, rozmawia Marek Lubawiński

Kiedy ostatnio rozmawiał Pan z Anitą Włodarczyk?
Zadzwoniłem po konkursie, złożyłem gratulacje. Anita podziękowała i powiedziała, że ten złoty medal i rekord świata to moja zasługa, ale rozmawialiśmy bardzo krótko.

O waszym rozstaniu krążą już legendy. O co poszło? Kto od kogo odszedł?

Nie chcę wracać do tych spraw. To żaden konflikt, moim zdaniem to nieporozumienie, które wynikało z moich żądań dotyczących intensywności treningu. W małżeństwie też są kłopoty, ludzie mówią sobie niepotrzebnie różne rzeczy, ale potem godzą się. Moim zdaniem media rozdmuchały całe to nasze rozejście.

Obraził Pan Anitę?

Tak, obraziłem, ale po kilku dniach przeprosiłem, choć też się spodziewałem przeprosin, bo ostre słowa, niestety, padły z obu stron.

Ma Pan opinię znakomitego fachowca, ale jednocześnie uchodzi Pan za człowieka konfliktowego. Przed laty rozstał się Pan z Szymonem Ziółkowskim. Wtedy ponoć poszło o pieniądze.
O pieniądze także, bo Szymon po prostu nie wywiązał się z pewnych zobowiązań. Po sukcesach w Sydney i Edmonton zbyt uwierzył w siebie. Nie jest mi pan potrzebny, trenerze - mówił wtedy. Ja już wiem sam jak trenować. Mam wszystko zapisane w komputerze, mogę pracować sam.

Ale powiedział Pan też, i to niedawno, że Ziółkowski już się skończył, że teraz może rywalizować ze strongmenami. Srebrny medal Szymona w Berlinie pokazuje, że Pan się mylił.
Szymon wygląda teraz dobrze fizycznie, przede wszystkim sporo schudł, i to wpłynęło na jego formę. Ciągle ma jednak ogromne braki techniczne. Gdyby z fachowcem popracował nad techniką rzutu, mógłby jeszcze daleko rzucać.

Janusz Szydłowski, menedżer Anity Włodarczyk i Szymona Ziółkowskiego, ponoć w ostatnich dniach robi wiele, by Pan znów mógł z parą tych znakomitych lekkoatletów pracować. Zgodzi się Pan na to?
A Anitą tak, z Szymonem raczej nie. Zbyt dużo zrobił mi krzywdy. Jeszcze rok temu na łamach jednej z gazet mówił, że zniszczyłem w Polsce rzut młotem. I dopiero Szymon, wspólnie ze swoim nowym szkoleniowcem Krzysztofem Kaliszewskim, zaczęli tę konkurencję odbudowywać. A wracając do Anity, to wiem na pewno. Jeśli dalej chce daleko rzucać, jeśli chce bić kolejne rekordy, powinna współpracować ze mną.

Pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie z Anitą?
Oczywiście. To było pięć lat temu. Startowała wtedy na stadionie poznańskiej Olimpii, a reprezentowała barwy Kadeta Rawicz. Była już po maturze, a jeszcze przed egzaminami na poznańską Akademię Wychowania Fizycznego. Zaproponowałem jej wtedy wspólną pracę. Zgodziła się na to po konsultacji ze swoim klubowym trenerem Bogdanem Jusiakiem. Miała wtedy 19 lat, młotem rzucała 52 metry, dyskiem 50 metrów, a kulę pchała na 12,5 metra. Obiecałem jej wtedy, że już niedługo będzie rzucała młotem ponad 70 metrów, i że będzie uczestnikiem defilady zawodników na igrzyskach w Pekinie. Ale mówiłem też, że czeka ją katorżnicza praca, że będzie płacz i narzekanie. Przyjęła te warunki, a ich efekt mieliśmy w sobotni wieczór.

Mistrzowski konkurs oglądał Pan w telewizji. Co Pan powiedziałby Anicie, po pierwszym jej rzucie, a co po drugim, tym, którym pobiła rekord świata?
Że Anita będzie w tym sezonie daleko rzucać wiedziałem już w lutym, kiedy na zgrupowaniu osiągnęła 75 metrów, bo główna rola trenera polega na pracy na zgrupowaniach. Na zawodach większość zawodników jest samodzielna, trener niewiele tam może pomóc.

Czy ten rekordowy rzut był perfekcyjny?
Do perfekcji daleko. Anita popełniła sporo błędów - za bardzo ciągnęła, skróciła ręce, uciekła na prawą nogę, nie wykorzystała w pełni nóg, jako motoru napędowego rzutu. Technika, jeszcze raz technika. A wtedy w przyszłym sezonie możemy spodziewać się 80 metrów.


Spotkaliśmy się na łące pod mostem św. Rocha. To miejsce przejdzie do historii polskiego sportu. Tu przez pięć lat wykuwała formę rekordzistka świata.
Pod poznańskimi mostami to ja już pracuję czterdzieści lat, bo przed laty też miałem wielu wspaniałych zawodników, na przykład Ireneusza Goldę. Anita mieszka w akademiku, na ten plac pod mostem miała kilka minut drogi. A w życiu sportowca i studenta czas się liczy. Wiele osób pyta dlaczego trenujemy pod mostem. Odpowiedź jest prosta. Decydują względy pragmatyczne, choć nie ulega wątpliwości, że obiektów lekkoatletycznych z prawdziwego zdarzenia po prostu nie mamy.

Wiadomości Poznań, Wydarzenia Poznań

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!